Tagi

, ,

Mantegna, Death of the Virgin, Museo del Prado

Mantegna, Zaśnięcie Matki Bożej

Nie na darmo mówi się, że sztuka jest pożywką dla duszy. Artystyczny przekaz ma ogromną moc i poprzez grę skojarzeń może wywołać w każdym z nas inne, czasami nawet bardzo intensywne emocje.  Czy zdajemy sobie do końca sprawę, że sposób w jaki odbieramy jakieś płótno lub rzeźbę zależy od naszego nastroju albo od naszych doświadczeń życiowych? Moim zdaniem jeszcze większą siłę przekazu mają dzieła dotyczące sfery sacrum, które są próbą interpretacji świata duchowego. Nawet obrazy odnoszące się do scen biblijnych są czymś więcej niż ilustracją do tekstu literackiego, choć takich zdań również nie brakuje. To coś więcej niż zachwycający impresjonistyczny pejzaż czy też dobrze namalowany realistyczny portret. To raczej próba uchwycenia tego, co nieuchwytne.

Malarze traktujący tematy staro- lub nowotestamentowe niekoniecznie kierowali się czysto ewangelizacyjnymi pobudkami swoich zleceniodawców (ci najsłynniejsi malowali przecież na zlecenie możnych mecenasów). Wrzucanie religijnych dzieł do szufladki z cyklu obrazkowej katechezy jest znacznym spłycaniem tematu. Podobnie, jak tłumaczenie, że średniowieczne freski miały za zadanie przybliżać niepiśmienny lud do katolicyzmu. Wystarczy przypatrzeć się dobrze malowidłom Giotta w Asyżu, żeby zrozumieć, iż chodzi tak naprawdę o wprowadzenie do modlitwy, o zachętę do medytacji, do odbycia podróży w głąb siebie lub poszukiwania Boga. Porównywanie chrześcijańskich fresków do komiksów z dawnych wieków uważam za  uproszenie dobre dla dzieci, choć moja 6 letnia córka już tego nie kupuje.

Choć żyjemy w czasach kultury obrazkowej, coraz bardziej tracimy zdolność kontemplacji sztuki religijnej. Nie potrafimy już odczytać ani niektórych  symboli ani alegorii. Zalewa nas morze obrazów, ale traktujemy je powierzchownie. Nie zwracamy uwagi na szczegóły. Na wystawach tymczasowych zaliczamy „migawki” tłumacząc się obecnością tłumu. Stawiamy na pierwsze wrażenie. Wakacyjny zachwyt w czasie zwiedzania muzeum lub pinakoteki  szybko się kończy. Rubens? Zobaczony, „zaliczony”. Idziemy pędem do następnej sali wystawowej kierując się wskazówkami audio przewodnika.

Pośród informacyjnego szumu nasz mózg przetwarza dziennie tysiące informacji z telewizji, mediów społecznościowych i elektronicznych portali. Zdjęcia, memy, billboardy. Milion wrażeń, ale mało głębokich przeżyć estetycznych, nie wspominając już o duchowych. Mam wrażenie, że robimy się coraz bardziej gruboskórni, a szkoda.

W Kościołach mamy mniej dzieł sztuki religijnej niż kiedyś. Za to mnożą się nowoczesne warianty i reprodukcje. Może i taki minimalizm niektórym pozwala skupić się na modlitwie.  Ale ja na przykład wolę stare świątynie pełne „bibelotów” i tradycyjnych ołtarzy.  Malarstwo chrześcijańskie kojarzy się wielu z nas z tzw. Świętymi Obrazkami, manifestacjami tradycyjnej religijności, która jeszcze do niedawna gościła w prawie każdym polskim domu.  Ale to tylko jakaś część sztuki sakralnej, warto po nią sięgać, warto kontemplować i medytować. Niniejszy blog postara się przybliżyć Wam  niektóre malarskie arcydzieła chrześcijaństwa i zachęcić Was do podróży w głąb siebie poprzez sztukę.